forex trading logo

Ilość wyświetleń

Odsłon : 32301

RSS

Start Nowości
Nowości
Lizbona 2014 PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Administrator   
niedziela, 22 marca 2015 09:49

 

 

 

 

Ze Świnoujścia do Libony.


 

Tym razem postanowiłem po raz drugi wziąć udział w „Festival del Mar”,

który po raz trzeci miał się odbyć w Santander w Hiszpanii.

Rejs do końca stał pod znakiem zapytania ze względu na brak załogi.

Jednak udało się zebrać ludzi i wypływamy ze Świnoujścia.


 

Przed nami kawałek drogi do Kanału Kilońskiego,

a na tej trasie jak zawsze trochę jednostek się kręci.

 

 

Już na Bałtyku panuje jakaś dziwna "gorączka".

U wybrzeży niemieckich, w drodze do Arcony, mamy pierwszą

kontrolę niemieckich służb celnych.

Pada wiele pytań .

Skąd ,dokąd, ile osób, czy wszyscy są obywatelami Uni itp.

 

 

Potem bez przeszkód dopływamy do "Kilonu".

Pogoda wieczorami  zmusza do użycia koców.

W końcu to już wrzesień.

 

 

Następnego ranka jesteśmy w śluzie.

 

 

Powoli pokonujemy Kanał Kiloński.

 

 

Na jego końcu w małej marince doznaję niewielkiej kontuzji,

która po paru dniach wygląda dość brzydko.

 

 

Wypływamy  na północne, odwiedzamy Helgoland,

szybkie zakupy i trochę kuchni lądowej.

Po małej analizie okazuje się, że człowiek jest jak koń dorożkarza.

Nie tylko wybrałem tę samą restaurację co kilka lat temu,

ale stolik również ten sam.

 

 

Płyniemy dalej i na naszej drodze stają wiatraki, platformy.

 

 


Pilnowane przez różne jednostki i ciągle na UKF-ce słyszymy,

że mamy się oddalić, że za blisko płyniemy,

i nikogo nie interesuje, że płyniemy na żaglach, że jest kilka mil "luzu" ,

Komunikaty są jednoznaczne "za blisko".

Płyniemy dalej .

Jedni pracują,

 

 

żeby inni mogli odpoczywać.

 

 

Jednak ciągle jesteśmy obserwowani.

 

 

Przyjmujemy nieoczekiwanych gości,

 

 

i nabawiamy się następnych kontuzji.

 

 

W Dunkierce  trafiamy na uroczystość , ale niestety na wesele

nas nie zapraszają,



 

więc zwiedzamy dalej,

a jesteśmy już kawałek od Polski.

 

 

Jesteśmy już prawie 700 Mm od domu w linii prostej.

Na wieży, która pozostała z kościoła znajdujemy

ciekawy instrument.

 

 

Klawiatura do niego wygląda trochę jak organy.

 

 

Po drodze, jak zwykle, wiele ciekawostek.

W jednej z marin spotykamy dziwnego rezydenta.

 

 

Niektórzy często wypatrują lepszego jutra.

 

 

Ponieważ francuska służba zdrowia nie podołała zadaniu,

inżynieryjno - medyczna część załogi musiała sama wykonać

opatrunek usztywniający z kawałka kabla, bandaża, taśmy klejącej

i co tam było pod ręką.

Załogant przeżył i czuł się dobrze.

 

 

Nie wiem czy tą białą ręką dawał jakieś znaki,

ale w naszym pobliżu pojawiła się znowu dziwna jednostka.

Czyżby przekazywali sobie nas " z ręki do ręki"?

 

 

Jak zwykle na tych wodach pojawia się też inne towarzystwo,

mniej

 

 

lub bardziej liczne.

 

 

W niektórych marinach dajemy sobie trochę więcej czasu

i oddajemy się zwiedzaniu.

 

 

Napotykamy też inne miejsca przypominające naszą literaturę.

Od razu nasuwa się wspomnienie "Latarnika"

 

 

Był ślub jest i wieczór panieński. CHYBA.

 

 

A ja mam rocznicę ślubu, którą niestety żeglarz i jego żona

muszą uczcić na odległość.

Ja się starałem jak mogłem.

 

 

Części załogi uroczysty nastrój udzielił się do tego stopnia,

że aż zaczęli tańczyć na pokładzie.

 

 

W porcie obserwujemy różne sposoby podróżowania.

Jedni chcą szybko,

 

 

drudzy wolno,

 

 

a trzeci luksusowo.

 

 

W wodzie już widać, że woda jest cieplejsza od naszej.

 

 

W Santander wysiada reszta załogi, bo część już nas opuściła w Bilbao.

Pozostałą część reju z Santander do Lizbony "ciągniemy" we dwóch,

tak samo jak w 2009 roku.

Jednoosobowa wachta musi sobie jakoś radzić.

Jeden przy pomocy krawata,

 

 

drugi przy pomocy nogi.

 

 

Sterować jakoś trzeba.

Pogoda nas nie rozpieszcza, bo to jakiś deszcz,

 

 

taki,że aż ptaszki chowają się pod pokładem,

 

 

fale,

 

 

albo jakieś burze nas straszą.

 

 

Jedyny pożytek z nich jest taki, że "Sharki" czasami rwie do przodu jak rączy koń.

 

 

Jednak nawet te złe warunki atmosferyczne nie zniechęcają

śledzących nasze poczynania dziwnych jednostek.

Jesteśmy prawie cały czas obserwowani.

 

 

Po tych paru tygodniach broda trochę mi urosła.

 

 

Wpływamy w ujście Tagu i  żeglujemy na koniec Lizbony do znajomej

Marinie  Parque Das Nações, z której mamy blisko do lotniska.

Mijamy wieżę Betlejemską,

 

 

pomnik odkrywców

 

 

i przed nami most  Vasco da Gamy liczący sobie 17,2 km.

 

 

Za mostem kończy się nasz rejs.

Cumujemy w marinie .

S/y Sharki zostaje uwiązany do pomostu i niestety musi trochę

czasu pozostać, wbrew swojej naturze, uwiązany.

 

 

Po drodze odwiedziliśmy: Holtenau, Bronsbutel, Helgolland, Breskens, Ostendę,

Dunkierkę, Cherburg, Brest, Bilbao, Santander, La Corunę i parę

małych marin.

Pokonaliśmy około 3 tys. Mm.

Spędziłem na pokładzie cztery tygodnie

i około 400 godz przepływałem.

Potem już tylko taksówka, lotnisko, samolot,

lądowanie na Okęciu i znowu niespodzianka.

Zaginął bagaż. Podróżował dwa dni dłużej ode mnie,

ale dotarł do domu szczęśliwie.

A ja stały ląd, nie wiadomo jak długo.

 

Film z rejsu

 


Poprawiony: piątek, 12 czerwca 2015 08:38
 


Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: joomla 1.5 template  Valid XHTML and CSS.

© Strona Kapitana Andrzeja. ® Wszelkie prawa zastrzeżone.